Należę do osób bardzo podatnych na zniechęcenie i frustrację. Mój nastrój potrafi zmieniać się w rytmie sinusoidy. Wpadanie ze skrajności w skrajność towarzyszy mi od młodości.
Jednego dnia rano tłukę sobie do głowy, że jest piękny dzień, żyję w dobrobycie i “powinnam” być szczęśliwa. Tłuczenie wystarcza czasem tylko na kilka godzin. Tego samego dnia po południu mogę wpaść w dołek, który odbiera moc i energię do wszystkiego i nawet pozbawia apetytu. Są dni, gdy żywię się kawą, nie piję wody, zasypiam na stojąco i nie mam żadnej motywacji. Kolejnego znów próbuję przerobić swoje myśli i przekonuję się, że nie jest źle.
Ta huśtawka jest wyczerpująca. Zastanawia mnie, z czego wynika mój opór na wszelkie metody psychoterapii. Miałam już chyba siedmiu terapeutów. Efekty nie utrzymują się długo. Od lat walczę, by poczucie własnej wartości i wartości mojego istnienia utrzymało się na dłużej niż… kilka godzin. Niestety jestem jak z ewangelicznej przypowieści o siewcy. Ziarno psychoterapii i dobrych słów pada na skały i nie zapuszcza korzeni.
Jednak jak większość ludzi, muszę własnym wysiłkiem utrzymywać się na powierzchni i zasilać wnętrze, by chociażby sprostać wyzwaniom codzienności.
Musimy być uważni na to, co nas zasila.
Ja muszę mieć kontakt z pięknem, by nie zwariować. Piękno i natura to ratunek.
Żeby było jasne, nie jeżdżę codziennie do lasu.
Ale ratuje mnie:
– zapach czeremchy, jaśminu, piwonii,
– patrzenie na zieleń,
– zrywanie kwiatów,
– sezonowe owoce,
– przejażdżki na hulajnodze z córką,
– leżenie na trampolinie i patrzenie w niebo,
– fotografia,
– czytanie o sztuce,
– teatr dla dzieci,
– oglądanie ilustracji baśni
-………
A co Ciebie zasila?